B+R Studio
Po XI Ogólnopolskim Kongresie Meblarskim w Poznaniu zostało mi kilka refleksji. Nie wszystkie są łatwe.
Wczoraj mówiłem o tym, gdzie znajduje się polski przemysł meblarski i dokąd może zmierzać. Pokazałem sporo danych. Niektóre są naprawdę niepokojące.
54 miesiące dekoniunktury – najdłuższy taki okres w tym stuleciu.
Czwarty rok spadku produkcji.
Po siedmiu miesiącach 2026 roku wartość produkcji sprzedanej mebli jest o 3,2% niższa niż rok wcześniej.
Rentowność sprzedaży spadła w pierwszej połowie roku do 4%.
Od początku 2022 roku branża straciła około 30 tys. miejsc pracy, czyli niemal co piąty etat.
Import mebli z Chin do Polski w ciągu sześciu lat się podwoił, a chińscy producenci coraz skuteczniej konkurują z nami również na naszych najważniejszych rynkach europejskich.Dzień Kongresu zbiegł się z publikacją w „Rzeczpospolitej”. Nagłówek jest mocny: <br>„Polskie meble tracą grunt pod nogami. Chińczycy wypierają nas nawet z własnego rynku”.
Nie mam zamiaru polemizować z danymi, bo w dużej części pochodzą one z B+R Studio i dokładnie te same liczby pokazywałem podczas Kongresu.
Mam natomiast potrzebę dopowiedzenia czegoś bardzo ważnego.
Nie uważam, że polski przemysł meblarski jest przemysłem skazanym na porażkę.
Uważam, że kończy się pewien model jego rozwoju.
I to jest zasadnicza różnica.
Przez ostatnie trzy dekady zbudowaliśmy jeden z największych przemysłów meblarskich świata. Polska jest trzecim producentem mebli w Unii Europejskiej. Mamy ogromne kompetencje technologiczne, rozwinięte łańcuchy dostaw, nowoczesne fabryki, przedsiębiorców mających doświadczenie na dziesiątkach rynków oraz ludzi, którzy nauczyli się produkować bardzo efektywnie.
Co więcej, wbrew pojawiającej się czasem opinii nie staliśmy się nagle krajem o niemieckich kosztach pracy. Przeciętne wynagrodzenia w polskim meblarstwie, mimo bardzo szybkiego wzrostu w ostatnich latach, pozostają ponad dwukrotnie niższe niż we Włoszech i Niemczech. Polska znajduje się również w europejskiej czołówce pod względem efektywności kosztowej pracy.
To są realne przewagi.
Problem polega na tym, że same te przewagi już nie wystarczają.
Czekaliśmy na odbicie. Ono nie przyszło.
Myślę, że musimy powiedzieć to sobie również uczciwie.
Przez ostatnie lata – i ja także – zakładaliśmy, że po gwałtownym spowolnieniu nastąpi klasyczne odbicie koniunktury.
Że po złym 2023 roku przyjdzie lepszy 2024.Że 2025 przyniesie wyraźną poprawę.<br>Że europejski konsument wróci do sklepów, rynek mieszkaniowy przyspieszy, inflacja spadnie i maszyna ponownie ruszy.<br>
Część tych zjawisk rzeczywiście nastąpiła.
Inflacja spadła. Realne dochody wzrosły. Sytuacja konsumentów w Polsce jest lepsza. Polska gospodarka rośnie znacznie szybciej niż większość dużych gospodarek Unii Europejskiej.
A jednak przemysł meblarski nadal nie wrócił na trwałą ścieżkę wzrostu.
To każe zadać pytanie, które jest znacznie ważniejsze niż prognozowanie, czy następny kwartał będzie o 2% lepszy lub gorszy:
A co, jeśli nie mamy już do czynienia wyłącznie z cyklicznym spowolnieniem?
Co, jeśli przez ostatnie cztery lata zmieniły się również same warunki konkurencji?
Coraz bardziej dochodzę do przekonania, że właśnie tak jest.
Chiny nie są problemem. Są sygnałem.
Podczas Kongresu bardzo dużo mówiliśmy o Chinach.
I rzeczywiście liczby są spektakularne.
Od 2019 roku Chiny zwiększyły eksport mebli do Unii Europejskiej o blisko 60%. W tym samym czasie polski eksport do UE wzrósł zaledwie o około 7%. Udział Chin w unijnym imporcie zwiększył się o ponad 6 punktów procentowych, podczas gdy udział Polski lekko się zmniejszył.
Wartość importowanych z Chin mebli do Polski przekroczyła w 2025 roku 1,1 mld euro. To około dwa razy więcej niż przed pandemią.
Ale najważniejsza zmiana zaszła gdzie indziej.
Jeszcze kilka lat temu mogliśmy powiedzieć: chiński produkt przyjeżdża z drugiego końca świata, ale polski producent ma geografię, szybkość dostaw, elastyczność i korzystne koszty.
W 2025 roku po raz pierwszy przeciętna wartość jednostkowa mebli importowanych z Chin do Unii była niższa niż wartość mebli eksportowanych z Polski.
To symboliczny moment.
Nie oznacza, że każdy chiński mebel jest tańszy od każdego polskiego. Oczywiście nie.
Oznacza coś bardziej fundamentalnego:
nie możemy już budować strategii na założeniu, że zawsze będziemy europejskim producentem niskokosztowym.
Zresztą ostrzegaliśmy przed tym w branży od lat.
Płace będą rosły. I powinny rosnąć.
Ludzi do pracy będzie mniej.
Energia pozostanie istotnym elementem kosztów.
Regulacji będzie przybywać.
A producenci z Azji będą coraz lepsi technologicznie, jakościowo i logistycznie.
To nie jest przejściowe zjawisko.
Najbardziej niepokoi mnie nie spadek produkcji.
Najbardziej niepokoi mnie spadek marży.
Produkcję można odbudować stosunkowo szybko, jeśli wróci popyt.
Znacznie trudniej odbudować konkurencyjność.
W 2023 roku rentowność sprzedaży polskiego przemysłu meblarskiego wynosiła 6,4%. W pierwszej połowie 2026 roku już tylko 4%.
Jednocześnie około 30% większych przedsiębiorstw meblarskich pozostaje nierentownych.
To właśnie tu widzę prawdziwy sygnał ostrzegawczy.
Jeżeli firma odpowiada na wzrost wynagrodzeń, energii, podatków, kosztów regulacyjnych i surowca jedynie próbą dalszego obniżania ceny produktu, wcześniej czy później dochodzi do granicy.
A przecież w tym samym czasie zmienia się również struktura kosztów.
Od 2022 roku udział materiałów i energii w kosztach przedsiębiorstw meblarskich wyraźnie spadł, natomiast udział wynagrodzeń wzrósł z 16,1 do ponad 21%, rosną też obciążenia społeczne, podatki i usługi.
Nie da się więc rozwiązać problemu konkurencyjności wyłącznie tańszą płytą, tańszym drewnem czy kolejnym procentem rabatu od dostawcy.
Potrzebujemy większej zmiany.
Nie chcę nawoływać do obrony starego modelu.
To byłby błąd.
Przez wiele lat przewagą Polski była kombinacja kilku czynników:
relatywnie taniej pracy,dostępności drewna i materiałów,<br>bliskości rynku niemieckiego,<br>dużej skali produkcji,<br>elastyczności oraz zdolności do bardzo sprawnego wykonywania dużych zamówień dla europejskich sieci.<br>
Ten model stworzył potęgę polskiego meblarstwa.
Nie ma powodu się go wstydzić.
Problem w tym, że nie można zakładać, że model, który zapewnił sukces w latach 2000–2020, zapewni go również w latach 2030–2040.
Dlatego podczas Kongresu pokazałem osiem sił, które moim zdaniem będą wpływały na branżę przez następne lata:
popyt, koszty pracy, energię, automatyzację, regulacje, konsolidację, dostęp do klienta i eksport oraz ryzyko relokacji produkcji.
Każda z nich prowadzi mnie do podobnego wniosku.
Musimy przesuwać źródła naszej przewagi.
Mniej przewagi z niskiego kosztu pracy.
Więcej z produktywności.
Mniej z samego położenia geograficznego.
Więcej z szybkości działania i kontroli łańcucha dostaw.
Mniej anonimowej produkcji.
Więcej własnego produktu, wzornictwa, technologii i marki.
Mniej zależności od jednego dużego odbiorcy.
Więcej bezpośredniego dostępu do rynku.
Mniej dodatkowego zatrudnienia jako podstawowego sposobu zwiększania produkcji.
Więcej automatyzacji i robotyzacji.
Jest tu ogromne zadanie dla przedsiębiorców.
Państwo nie zbuduje za nas marki.
Ministerstwo nie poprawi produktywności naszej fabryki.
Bruksela nie znajdzie nam nowych klientów.
Lasy Państwowe nie stworzą za nas produktu, za który konsument będzie gotów zapłacić więcej.
To musimy zrobić sami.
I wiele polskich firm już to robi.
Właśnie dlatego nie jestem pesymistą.
Jeżdżę po polskich fabrykach od ponad dwóch dekad. Widzę przedsiębiorstwa, które jeszcze kilkanaście lat temu wykonywały stosunkowo proste produkty, a dziś mają zautomatyzowane linie, własne działy R&D, rozwinięte wzornictwo, własne marki i sprzedają na kilkudziesięciu rynkach.
Widzę przedsiębiorców, którzy wychodzą poza Niemcy i Europę Zachodnią.
Widzę coraz większe zainteresowanie Stanami Zjednoczonymi, Indiami, Bliskim Wschodem.
Widzę zupełnie inne podejście do robotyzacji niż dziesięć lat temu.
To wszystko już się dzieje.
Ale tempo tej transformacji musi wzrosnąć.
Jest też zadanie dla państwa.
Tu również po Kongresie moja opinia jest jeszcze bardziej zdecydowana.
Nie oczekuję od państwa, że ochroni przedsiębiorstwa przed konkurencją. Oczekuję, że nie będzie pogarszało warunków, w których muszą z tą konkurencją walczyć.
Europejski przemysł konkuruje jednocześnie z USA – które coraz częściej wykorzystują cła, subsydia i politykę przemysłową – oraz z Chinami, gdzie państwo aktywnie wspiera rozwój zdolności produkcyjnych i eksportu.
Europa odpowiada na to kolejnymi warstwami regulacji.
EUDR. ESPR. PPWR. Raportowanie. Wymogi środowiskowe. Nowe obowiązki dokumentacyjne.
Cele wielu z tych regulacji są zrozumiałe.
Ale regulacja, której koszt ponosi europejski producent, a której nie ponosi w porównywalnym stopniu produkt importowany spoza Unii, przestaje być wyłącznie regulacją środowiskową.
Staje się elementem konkurencji gospodarczej.
Podobnie patrzę na drewno.
Polska ma ponad 2,7 mld m³ zasobów drzewnych. Roczny przyrost wynosi około 66 mln m³, a pozyskanie około 41 mln m³. Nie postuluję gospodarki leśnej pozbawionej zasad ochrony przyrody – wręcz przeciwnie.
Uważam natomiast, że ochrona środowiska i gospodarcze wykorzystanie odnawialnego surowca nie muszą być celami sprzecznymi.
Potrzebujemy polityki leśnej przewidywalnej na dekady, a nie zmienianej poprzez kolejne doraźne decyzje.
Potrzebujemy dialogu pomiędzy państwem, leśnikami, przemysłem i organizacjami społecznymi.
I potrzebujemy traktowania przemysłu drzewnego oraz meblarskiego jako elementu polskiej polityki gospodarczej.
Nie dlatego, że branża chce specjalnego traktowania.
Dlatego, że przemysł jest potrzebny gospodarce.
Nie chciałbym, żeby z Kongresu pozostało tylko zdanie: „jest źle”.
Bo byłoby ono prawdziwe tylko częściowo.
Tak – znajdujemy się w najdłuższym okresie dekoniunktury od wielu lat.
Tak – rentowność spada.
Tak – konkurencja z Azji rośnie.
Tak – straciliśmy 30 tysięcy miejsc pracy.
Ale prawdziwe są również inne zdania.
Polska nadal jest trzecim największym producentem mebli w Unii Europejskiej.
Nadal mamy jeden z największych przemysłów meblarskich świata.
Nadal dysponujemy ogromnym zapleczem produkcyjnym.
Nadal jesteśmy kosztowo konkurencyjni wobec największych producentów Europy Zachodniej.
Mamy własny odnawialny surowiec.
Mamy know-how.
Mamy przedsiębiorców, którzy potrafili zbudować ten sektor praktycznie od podstaw w ciągu jednego pokolenia.
Dlatego nie pytam dzisiaj:
czy polskie meblarstwo przetrwa?
To zbyt defensywne pytanie.
Pytam:
jaki polski przemysł meblarski chcemy mieć za dziesięć lat?
Większy?
Niekoniecznie.
Bardziej produktywny?Bardziej rentowny?<br>Bardziej zautomatyzowany?<br>Mający większą kontrolę nad produktem i kanałem sprzedaży?<br>Obecny na większej liczbie rynków?<br>Sprzedający więcej pod własnymi markami?<br>Mniej zależny od prostego arbitrażu kosztowego?<br>
Zdecydowanie tak.
Być może największym błędem, jaki moglibyśmy dziś popełnić, byłoby czekanie, aż wszystko „wróci do normy”.
Bo być może właśnie obserwujemy narodziny nowej normy.
I wtedy pytanie nie brzmi już: kiedy wróci koniunktura?
Brzmi:
kto pierwszy dostosuje się do nowych reguł gry?
Polski przemysł meblarski ma wszystkie kompetencje, żeby znaleźć się wśród zwycięzców tej zmiany.
Ale po 54 miesiącach dekoniunktury czas oczekiwania powinien się skończyć.
Czas na decyzje.

